Wywiad z Ambasadorką nowej 5. edycji akcji społecznej “Sama definiuję swój Sukces” – Olą Pepłowską

BIO:

Ola Pepłowska – studentka Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie aktywnie bierze udział w życie  Uczelni. Na co dzień jednak absolutna pasjonatka sportu, a w szczególności podnoszenia ciężarów, gdyż to dwukrotna mistrzyni Unii Europejskiej dziewcząt, rekordzistka Polski oraz wielokrotna reprezentantka Polski w Mistrzostwach Europy oraz Świata w podnoszeniu ciężarów. Peruwiańska Lima to miejsce, w którym będąc w ósemce najsilniejszych kobiet na świecie, przekonała się, że sukces to przede wszystkim pasja. Jako studentka była częścią zespołów koordynujących m.in. Bieg SGH, konferencję Healthcare Business Forum, a aktualnie próbuje stawić czoła trzeciej edycji TedxSGH. Rola studentki podpowiedziała jej, że sukces to dodatkowo naturalność i o tym stara się pamiętać. W wolnej chwili wraca do swojego rodzinnego miasteczka, gdzie wspólnie z rodzicami prowadzi klub sportowy dla dzieci i młodzieży. Czasami pakuje również rzeczy w walizkę i odwiedza swoich przyjaciół…na innym kontynencie.

Czym jest dla Ciebie sukces?/Jaka jest Twoja definicja sukcesu?

Kiedy byłam mała zapewne odpowiedziałabym, że sukcesem byłaby dla mnie zabawa lalkami, zamiast wspinaczki po drzewach i budowania baz w lesie. Będąc uczennicą szkoły podstawowej, określiłabym to słowo, jako pięknie wyrecytowany wiersz Broniewskiego na apelu przed pełną salą gimnastyczną, na której za pół godziny wygrałabym z chłopakami w kosza jeden na jeden. Idąc do liceum zwróciłabym pewnie uwagę na to, że sukces to mądre ustawienie sobie celu w życiu, bycie perfekcjonistką w każdym calu oraz słowa taty, który po skończonym treningu mówi „to było to!”.

Kiedy jestem już studentką oraz niezmiennie absolutną miłośniczką sportu, w każdej możliwej postaci, powiem tylko dwa słowa: „pasja” oraz „naturalność”. 

Co sprawiło, że zdecydowałaś się wziąć udział w akcji społecznej “Sama definiuję swój Sukces”?

Ambasadorek jest już 21 i niesamowite jest, że każda z nas ma czasami zupełnie inną definicję Sukcesu. Mam wrażenie, że nie zawsze pamiętamy o jednym ważnym aspekcie – to słowo ma tyle różnych znaczeń, ile razy się nad tym zastanowimy. Można powiedzieć, że wspólnie z dziewczynami tworzymy pocztę pantoflową definicji sukcesu. Dla mnie jest to szansa zainspirowania się od osób ode mnie starszych, które mają już kawałek swojego życia zawodowego za sobą. Mogę wymieniać swoje poglądy, przekonywać się, że niektóre rzeczy odbieram inaczej, może źle? Akcja „Sama definiuję swój Sukces” to po prostu chwila dla mnie i nie ukrywam, że również wyróżnienie.

Jaka jest Twoja droga do sukcesu?

Każdy, kto zna mnie bliżej, bez chwili zawahania stwierdzi, że jestem osobą, która w mieszkaniu prawdopodobnie tylko sypia. Resztę doby spędzam na Uczelni, po której niezwłocznie udaję się na siłownię lub w jakiekolwiek inne miejsce, gdzie mogę się porządnie zmęczyć. Już od 5. roku życia jeździłam na obozy sportowe razem z moim tatą. Który jest trenerem podnoszenia ciężarów. Co jest dosyć zabawne, nigdy nie lubiłam spędzać czasu na siłowni. Zawsze uciekałam tacie i biegłam od razu na stadion lekkoatletyczny, na którym moim ulubionym miejscem był materac do skoku wzwyż. Nie jestem w stanie opisać, ile gimnastycznych figur i przewrotów byłam w stanie zrobić, ale bywały dni, w które wracając do pokoju, tata zastawał mnie smacznie śpiącą na materacu. Najśmieszniejsze jest to, że zawodnicy, którzy go rzeczywiście potrzebowali, nigdy nie próbowali pozbawić mnie frajdy, którą czerpałam ze zwykłego materaca! Tak to się zaczęło. Aż do 15. roku życia trwałam w przekonaniu, że nie będą dziewczyną, która będzie podnosić ciężary, ale absolutnie kochałam sport! Na samym początku byłam zawodową tancerką, później przerzuciłam się na lekkoatletykę i biegi sprinterskie, a międzyczasie jako 8-latka zaczęłam również pływać. Razem z tatą stwierdziliśmy pewnego dnia, że wystartuję w Pucharze Polski Dziewcząt, ale miał to być jednorazowy popis. No i stało się, zajęłam wówczas drugie miejsce i zdobyłam swój pierwszy poważniejszy tytuł, który w tamtym czasie bez wahania nazwałam moim olbrzymim sukcesem. Oczywiście to osiągnięcie było głównym motorem mojej nagłej przemiany. Okazało się, że razem z tatą stworzyliśmy niesamowity duet, a ja zaczęłam wygrywać coraz więcej zawodów i regularnie poprawiałam swoje wyniki. Przez dobre kilka lat byłam czołową zawodniczką w kraju. Jednak przez cały okres mojej kariery sportowej rodzice dbali o to, żebym nie zapomniała o szkole. Wciąż nie wiem, jak to robili, ale powrót po obozach nie sprawiał problemu, wręcz przeciwnie. Po tym, jak odbywałam coraz dalsze podróże i miałam przyjemność poznać zawodników z przeróżnych krajów, zaczęłam bardzo poważnie marzyć o SGH. Byłam świadoma, że matura musi być moim oczkiem w głowie. To było dla mnie kolejne wyzwanie, niczym przygotowania do Mistrzostw Świata. Musiałam przyłożyć się do systematycznej pracy, bo matematyka nigdy nie przychodziła mi z łatwością. Przerobiłam zapewne dwukrotnie większą liczbę zadań niż inni, co było i wciąż jest moim kompleksem. Szczęśliwie miałam okazję pracować z nauczycielami, którzy uczyli mnie po prostu z pasją. 

Kiedy ukończyłam wiek juniorski, czyli pewien etap w życiu sportowca, mój tata rozpoczął współpracę z kadrą seniorską. Było to również równoznaczne z tym, że znajdował się poza domem przez większą część roku, a duet córki i ojca na pomoście nie miał już prawa bytu. Już wtedy zaczęłam czuć pewną pustkę, ale uznałam, że może to i dobrze. Obozy nie wchodziły już w grę, bo zajęć w szkole było zbyt dużo. Myślę, że w tamtym czasie przygotowania do matury- mojego klucza do sukcesu, w pewnym sensie pomagały zapomnieć o tym, że sport odszedł na drugi plan. Zasłaniały pewną dziurą, którą znalazłam po przeprowadzce do Warszawy.

Sprostałam mojemu wyzwaniu. Spełniłam moje marzenie. Dostałam się na upragnione studia i miałam rozpocząć nową przygodę w życiu. Kiedy okazało się, że na Uczelni większość osób to absolwenci najlepszych liceów w Polsce, finaliści olimpiad i wiedzą bardzo dobrze, w jakiej firmie będą chcieli pracować, poczułam, jakbym zderzyła się ze ścianą. Super, ja nawet nie wiedziałam, którym autobusem mam dojechać na Uczelnię. Postanowiłam, że nie będę opowiadać o ciężarach. Uznałam, że najlepszą strategią będzie po prostu przeżyć, zdać i pójść do pracy. Dzięki temu wiem przynajmniej, że w strategii pracować nie będę ☺  

Przypomniałam sobie o małej Oli, która podczas treningów taty, nie myślała o niczym, tylko o tym wielkim materacu na hali. Jeśli jeden fikołek nie wychodził, wstawałam i próbowałam po raz kolejny. Nie przejmowałam się, że moje włosy były rozczochrane. Uparłam się na ten materac i tyle. Nawet trenerzy, którzy pilnowali swoich podopiecznych nie zamierzali mnie stamtąd wypraszać. Czasami prosili, abym poczekała chwilkę na ławeczce obok, ale i tak uśmiechali się i kiwali głową, że chyba polubiłam spędzać z Nimi czas. Ja oczywiście nie ruszałam się z tej ławki na krok. Nawet jeśli chwilka trwała dłużej, twardo czekałam na moją kolej i obserwowałam, co nowego mogłabym zrobić. W tamtym czasie byłam sobą, małą blondyneczką ściętą na grzybka, której pasją było przewracanie się na materacu. 

Lubię mówić o tym, że sport to moja pasja i wciąż uważam, że przygoda z podnoszeniem ciężarów dała mi fundament do przepustki na SGH. Teraz to tutaj zaczyna się kolejna przygoda i jestem świadoma, że o wiele łatwiej było mi trzymać 100 kilogramów nad głową, niż sprostać niektórym wyzwaniom na Uczelni.

Studia i sport to dwie ścieżki, dzięki którym znowu jestem w stanie cierpliwie zaczekać na ławeczce obok materaca. Wiem, że w odpowiednim momencie znowu na niego wejdę. Jeśli przewrót się uda, będę planować, co dalej. Jeśli nie, zejdę i znowu spojrzę, jak robią to lepsi ode mnie. Postaram się naprawić błąd i będąc na materacu uśmiechać się z dołeczkami w policzkach.

Jak dbasz o swój rozwój osobisty i zawodowy?

Podczas mojej sportowej przygody oraz teraz, będąc na studiach, zauważyłam, że największą motywacją są osoby, z którymi mam okazję współpracować. To dzięki moim trenerom- rodzicom zdołałam zdobyć tytuły, o których na samym początku nawet nie myślałam. Moja mama zawsze była ze mną w kontakcie, kiedy byłam poza domem. Rozmawiała ze mną- tylko tyle i aż tyle. Bardzo lubię poznawać zdanie innych, a w szczególności, kiedy jest ono inne niż moje. Imponują mi ludzie, którzy są dobrymi mówcami i z którymi mogę wymienić poglądy, w szczególności, jeśli są różne. Dlatego też uważam, że najlepszym sposobem na rozwój jest właśnie rozmowa. Kiedyś myślałam, że należy słuchać tylko tych, którzy są bardziej doświadczeni lub starsi. Teraz, kiedy doświadczyłam pracy projektowej na Uczelni, wiem, że najlepszym sposobem jest umiejętność słuchania osoby obok nas. Każdy jest inny, dlatego, im więcej rozmawiam tym więcej wiem, ile tak naprawdę nie wiem.

Co w sobie cenisz najbardziej?

Zdecydowanie jest to akceptowanie zmian. Decyzja o tym, że przestaję trenować podnoszenie ciężarów profesjonalnie, była i wciąż jest jedną z najtrudniejszych, jakie podjęłam. Gdyby nie doświadczenie, jakie zdobyłam na studiach oraz osoby, które poznałam, zapewniam, że pewnego dnia wróciłabym do Makowa i powiedziała rodzicom, że nie zamierzam zdawać „durnych” egzaminów, bo chcę jeździć na zawody. W rzeczywistości okłamałabym samą siebie. Od gimnazjum marzyłam o tym, żeby pójść na studia związane z biznesem i językami obcymi. Nagle okazało się jednak, że moje oczekiwania były wyidealizowane i trzeba wyjść ze strefy komfortu, jaką był sport. Na Uczelni miałam szansę sprawdzić samą siebie. Na pomoście zawsze byłam główną aktorką i nie chodzi tutaj o laury. Miałam kontrolę nad tym co robię. Jeśli coś wyszło- super, jeśli podejście było nieudane- mogłam mieć pretensje tylko do siebie. Projekty, w których brałam udział, były efektem pracy całego zespołu. W odpowiednim momencie musiałam zaufać komuś obok i nie mogłam wziąć wszystkiego na siebie. To największe wyzwanie, jakiemu musiałam sprostać- zdanie się na innych, nie na sobie. Za to cenię się najbardziej- zdołałam zmienić swoje nastawienie, swoje nawyki i teraz wiem, że owszem, zmiany są trudne. Zdałam sobie sprawę, że oprócz skakania na materacu, powinnam myśleć również o tym, co robią zawodnicy, którym musiałam ustąpić miejsca. Bez zmian staniemy w miejscu, a żeby w końcu skoczyć wzwyż, trzeba wziąć rozbieg.

Co daje Ci udział w akcji „Sama definiuję swój sukces”?

Jestem dopiero studentką i wiem, że przede mną tak naprawdę początek zmian, o których powiedziałam wcześniej. Nie boję się ich, ale wiem, że muszę być świadoma i wybierać mądrze. Sama odpowiedź na pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?” zmusiła mnie do porządnego ogarnięcia moich myśli. Nigdy nie miałam okazji do podzielenia się tego typu przemyśleniami, bo na pierwszy rzut oka każdy spodziewa się, co może powiedzieć sportowiec: wiara w siebie, ciężka praca i tak dalej. Część osób widziała we nie sportowca, a część perfekcyjną studentkę. W akcji „Sama definiuję swój sukces” mam okazję przedstawienia mojej własnej historii, w której przeszłam z jednej roli do drugiej.  

Jaką myśl/radę przekazałabyś innym kobietom?

Chwila odpoczynku na ławeczce i przyglądanie się innym daje czasami więcej, niż tysiące skoków. W końcu można przecież zasnąć, a nie w tym rzecz. Owszem, szukajmy w życiu pasji, ale pamiętajmy, że może okazać się, że znajdziemy ją również w kompletnie innym miejscu. Nie bójmy się czasami zejść, zwolnić. Rozmawiajmy z ludźmi i otwierajmy się na ich doświadczenia. Doceniajmy to, co robią osoby, na które mamy szanse popatrzeć, czerpać inspiracje, ale pamiętajmy, że nie musimy podążać ich śladem. Jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. Dążmy do tego, co siedzi nam w głowie, żeby w końcu wziąć rozbieg i skoczyć w wzwyż. Wówczas materac posłuży nam co prawda już tylko do lądowania. Tylko lub aż. Należy jednak cały czas pamiętać o tym, że dobrze jest mieć na co lądować, a pasja to najlepszy materac, jaki możemy mieć.

Fotografia: Monika Szałek 

Makijaż: Anna Stelmaszczyk Chopard’d 

Stylizacja włosów: Salon In Harmony Dawid Gołuzd

Miejsca sesji zdjęciowej – Studio Skandal

Visit Us On FacebookVisit Us On LinkedinVisit Us On Instagram